top

Logowanie

Wesprzyj Bajkownię

     Twórz z nami Bajkownię!

Kto jest Online

Odwiedza nas 445 gości oraz 0 użytkowników.

Przyjaciele Bajkowni


wiersze i wierszowane bajki dla dzieci i dla dorosłych


Bogdan Dmowski czyta wiersze i wierszowane bajki dla dzieci i dla dorosłych


bajkowy podcast okladka


bajki dla dzieci


zloty jez



TataMariusz 200x200

© Copyright by Bajkownia.org - Fabryka Bajek, Powered by Joomla! Valid XHTML and CSS.
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Bajka dla dzieci - Piernikowy cud cz.2

Kiedy skończył swoją opowieść, do pałacu wszedł Feliks ze zrozpaczoną miną. Mikołaj wiedział, co to znaczy, ale miał nadzieję, że wiadomości będą sprzeczne z wyrazem twarzy jego przyjaciela. Niestety jego nadzieja okazała się złudna, mężczyzna w niebieskim płaszczu zasmucił wszystkich.

- Jest gorzej niż w zeszłe święta, nie ma ani grama cynamonu. Nic, po prostu nic na żadnej gałązce. To już koniec, nie wiem, czy przetrwamy do północy.
- Co robić? – Mikołaj wstał i nerwowo drapał się po brodzie.

Wieści były przerażające, nawet Anastazja zaczęła martwić się nie tylko o siebie, ale i całe otaczające ją towarzystwo. Ogarnęło ją poczucie odpowiedzialności za swoje czyny. To przecież ona zabraniała mamie wieszania pierników. Chciała się zapaść pod ziemię, albo przynajmniej wrócić do swojej postaci i pomóc mamie w pieczeniu pierników. Nieoczekiwanie Mikołaj przerwał jej zadumę.

- Potrzebny nam człowiek o dobrym sercu!
- Przecież takiego nie było tu od lat – zachwyt przyjaciela przerwał Feliks.
- Wiem, ale kiedyś tu był, niektórzy z was pamiętają, jak było bardzo ciężko. Też nie mieliśmy cynamonu i wtedy pojawiła się ta dziewczynka, śliczna blondynka o niebieskich oczach, uratowała nasze święta. Wyglądała zupełnie jak ty… – oczy Mikołaja utkwiły w Anastazji.

Dziewczynka przeraziła się tego spojrzenia, bo wiedziała, że jej skrywana tajemnica może wyjść na jaw, a wtedy wszyscy się dowiedzą, kim jest i że to z jej powodu nie ma tylu pierników. Szybko przeanalizowała całą sytuację i dała wielkiego susa do salonu, stamtąd chciała uciec w zieloną gęstwinę, niespodziewanie na jej drodze pojawiły się renifery.

- A ty, dokąd się wybierasz? Lepiej stąd nie wychodź, bo na zewnątrz jest zimno, jak nie będzie cynamonu to wszyscy zamarzną. – Oświadczył, żując kępkę siana, renifer gaduła.

Anastazja stała ze smutną miną i próbowała wymyślić coś, aby przedrzeć się przez ten gąszcz poroży. Niestety zwierzęta nie odpuszczały. 

- Ja tylko chciałam zobaczyć, czy na zewnątrz nie zostawiłam moich rękawiczek. – Wymyśliła coś na szybko w nadziei, że zwierzęta ją przepuszczą.

- Nie bój się! – Pojawił się za plecami dziewczynki głos Mikołaja. – Jesteś nam bardzo potrzebna. Już wiem, kim jesteś i co tutaj robisz, ale nie spodziewałem się, że to ty się u nas pojawisz, musisz mieć czyste serce, skoro znalazłaś się na naszym drzewku.

- Ale ja – Anastazja rozpłakała się – nie chciałam wieszać pierniczków na choince. – Ukryła twarz w dłoniach, nie chciała na nikogo patrzeć i aby nikt na nią nie patrzył.

Mikołaj wyprosił wszystkich z salonu i najcieplejszym głosem na świecie przemówił do Anastazji:

- Nie znalazłabyś się tutaj, gdyby nie twoje czyste serce. Wiem o tobie wszystko, na początku cię nie poznałem, ale oczy i włosy zdradziły twoją tożsamość. Wiedziałem, że ktoś przybędzie, aby nas ocalić.

Dziewczynka powoli opuściła dłonie i ostrożnie spojrzała na swojego rozmówcę.

- Myślisz, że przyszłam, aby was uratować? – zapytała z niedowierzaniem.
- Tak mi się wydaje, ale to się okaże. Wszystko w życiu jest po coś. To, że pojawiamy się w jakimś miejscu, nie jest przypadkiem. Czasami wydaje nam się, że nie mamy wyjścia z sytuacji i szukamy drogi ucieczki, a tymczasem wystarczy wszystko jeszcze raz przemyśleć i zrozumieć, że w trudnych sytuacjach ukryte są wyższe cele, lepsze jutro, miłość, nadzieja i pokój. Kiedy jest naprawdę ciężko, słyszy się i widzi więcej niż inni. Twoja mama bardzo cię kocha – zmienił niespodziewanie temat Mikołaj i wywołał delikatne poruszenie w umyśle dziewczynki – ona wierzy, że kiedyś się zmienisz, a ja uważam inaczej, ty nie musisz się zmieniać, ty musisz wreszcie być sobą i pokazać ile piękna w sobie masz.
- Nie wiem, jak to zrobić? – Anastazja rozłożyła ręce.
- Wszystkiego się nauczysz, jednak mamy niewiele czasu, do pierwszej gwiazdki zostało zaledwie parę godzin. Nie bój się, ze wszystkim sobie poradzisz. – Poklepał niebieskooką po ramieniu, po czym zawołał Feliksa.- Powiedz nam, ile mamy dokładnie czasu – zwrócił się do mężczyzny w niebieskim ubraniu.
- Nie wiem, bo stary zegar od wczoraj przestał wybijać godziny. Muszę się dostać do okna, aby dokładnie obejrzeć niebo.
-Aha, aha – Mikołaj pogłaskał się po swojej długiej brodzie. – I to będzie pierwsze zadanie – powiedział do siebie szeptem, ale tak, że Anastazja go usłyszała.
- Jakie zadanie? – zapytała dziewczynka.
- Pomożesz Feliksowi dostać się na parapet, to dosyć niebezpieczne. Na pewno świetnie sobie poradzisz, nikt nie może was zobaczyć. Ruszajcie! – rozkazał.

Do najbliższego okna prowadziła długa droga, musieliby zejść z połowy dwumetrowej choinki, na której teraz się znajdowali, przejść obok stołu i komody i wdrapać się po firance na parapet. Dla ludzi w normalnej postaci nie byłoby to żadnym wyczynem, ale dla kogoś mierzącego zaledwie kilka centymetrów przypominało to wspinaczkę na Mont Everest. Tymczasem renifery z powodu braku cynamonu utraciły swą moc latania i tak naprawdę czekała ich piesza wędrówka. Marne były szanse powrotu przed pierwszą gwiazdką, ale Nastka miała w sobie chęć sprawdzenia się i naprawienia swoich win.

- Mam pomysł – oświadczyła niespodziewanie dziewczynka – zbudujemy kolejkę. Kiedyś z rodzicami byłam w górach i tam był taki wyciąg krzesełkowy. Tu jest mnóstwo łańcuchów, są cienkie, grube, z paseczków i gwiazdek, a renifery są silne – zaczęła szybko analizować.- To może się udać! – wykrzyknęła w euforii.

Budowa przebiegała bez większych przeszkód, wszystko było dokładnie tak, jak to sobie wymyśliła Anastazja, wyciąg napędzany przez renifery. Feliks ruszył jako pierwszy, uczepił się łańcucha i zjeżdżał na świerkowej gałązce, za nim ruszyła Nastka. W założeniu dziewczynki cała wyprawa miała zająć im około dwóch godzin. Wiedziała, że pokoju jest jeszcze widno, więc powinni zdążyć przed pierwszą gwiazdką. Na nakrywanie stołu było jeszcze za wcześnie i mama zawsze prosiła ją o pomoc, więc szansa na to, że ktoś może ich zobaczyć, była znikoma. Ostrożnie zjechali na podłogę, a razem z nimi renifery z łańcuchami. Wsiedli na grzbiet swoich towarzyszy i pognali w kierunku okna. Firana była w zasięgu ich ręki, kiedy do salonu wpadł nieznany czworonóg. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, podróżnicy znieruchomieli. Piesek z czerwoną kokardką na szyi podbiegł do reniferów i zaczął lizać zwierzęta. Wszyscy zamarli na ten widok, ale wiedzieli, że nie mogą się zdradzić, byli cicho, nie oddychali i nie ruszali się. Nagle mały kudłacz złapał gadułę w pysk i zaczął nim potrząsać. To był widok mrożący krew w żyłach. Anastazja poczuła, że musi coś zrobić, przestało jej zależeć tylko na sobie, chęć pomocy reniferowi była ważniejsza od przestrogi Mikołaja.

- Zostaw go, ty niegrzeczny psie, to mój przyjaciel, nie możesz go zjeść – krzyczała dziewczynka.

Pies bacznie przyglądał się małej istotce wymachującej rękoma i próbującej mu coś wytłumaczyć. Wypuścił renifera z pyska, usiadł na tylnych łapach i oświadczył:

- Jestem grzeczny, chciałem się tylko pobawić.

Feliks nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom.

- On się ciebie posłuchał – zwrócił się do dziewczynki.

- To chyba dobrze? – spuściła z tonu Anastazja i nieco niepewnie zapytała Feliksa.

- Dobrze, a nawet świetnie. – Feliks zobaczył niepewność na twarzy dziewczynki – Nie martw się, rozmowa z nim w niczym nam nie zaszkodzi, on i tak nie umie rozmawiać z ludźmi, nie powie nikomu, co tutaj widział. Spokojnie, najważniejsze, że się ciebie posłuchał. Musimy robić swoje. – Poganiał wszystkich mężczyzna.

Nastka wpadła na pomysł, że ten kudłaty zwierzak może okazać się przydatny. Wymyśliła, że wszyscy wejdą na jego grzbiet, a on wskoczy na parapet. To był dosyć ryzykowny plan, ale miał szansę powodzenia. Pies nie oponował, ułożył się i pozwolił podróżnikom wejść na siebie. Ukryli się w jego gęstej sierści i mocno się jej trzymali. Podskakiwał kilka razy, a oni usiłowali nie spaść. Wybił się bardzo mocno swoimi krótkimi łapkami i znalazł na komodzie, a stamtąd przeskoczył na parapet. Udało się. Osiągnęli zamierzony cel. Feliks wyciągnął teleskop z głębokiej kieszeni swojego płaszcza i zaczął przypatrywać się uważnie niebu.

- Z moich wyliczeń wynika, że pierwsza gwiazdka pojawi się za pół godziny. Wszystko jednak zależy od wiatru, jeżeli przywieje na niebo chmury, to jej blask oświetli nas dopiero za dwie godziny. Może nam się udać.

Był świetnym astronomem. Miał niebieski płaszcz i niebieską długą szlafmycę w złote gwiazdki. Trafił na choinkę wiele lat temu. Anastazja nie pamiętała tej ozdoby. Kiedyś wydawał jej się taki brzydki, bo farba wytarła mu się na twarzy. Chciała nawet, aby mama nie zawieszała go na choince, tylko wyrzuciła, ale mama powiedziała, że to pamiątka po jej pradziadku, który był świetnym fizykiem i dostał tę ozdobę od swoich uczniów, a potem przekazywano tę pamiątkę z pokolenia na pokolenie, aż trafiła do domu Niezgódków. Mama pomalowała mu twarz na nowo niezmywalnymi farbami, odświeżyła ubranko i teraz wyglądał uroczo.

Po skończonych oględzinach nieba podróżnicy ponownie wsiedli na grzbiet psa i z jego pomocą szybko znaleźli się u podnóży choinki, a stamtąd już w kilka minut dotarli do pałacu Mikołaja. Feliks oświadczył przyjaciołom, jak wygląda sytuacja i ile mają czasu. Jolanta i reszta mieszkańców pałacu wyglądali na zmartwionych, nie wiedzieli, co ich czeka, jedynie Mikołaj wyglądał na opanowanego i niczym niezmartwionego, tak jakby czas o niczym nie stanowił w tej sytuacji. Emanowało od niego ciepło, jasna łuna oblewała jego ciało. Podszedł do Anastazji i z głębokim uśmiechem oświadczył:

 - Dobrze się spisałaś, dzięki tobie mamy więcej czasu na przygotowania. Świetnie poradziłaś sobie z tym psem. Teraz czeka cię podróż w górę choinki. Myślę, że pomoże ci Natasza. Na wyższych partiach jest zimniej niż tutaj, zabierzecie ze sobą ciepłe ubrania i ruszycie w poszukiwaniu świątecznej radości. Musicie dobrze się przyglądać, niech miłość was prowadzi. Pamiętajcie, że uśmiech nie zawsze oznacza radość, a łzy nie zawsze są smutkiem. Trzeba naprawdę kochać, żeby to wszystko zrozumieć. Tylko czyste i kochające serce może być podpowiedzią w waszych poszukiwaniach.

To nie było łatwe zadanie, a czasu było niewiele i pomysłu, jak je wykonać, żadnego. Dziewczynki spakowały się, wzięły pomocników, ciepłe koce i ubrania i jeden łańcuch jako linę do wspinaczki. Najpierw wszyscy przeskakiwali z gałęzi na gałąź, odstępy były niewielki, więc szło im całkiem sprawnie. Nikt nie narzekał i nie grymasił, renifery dzielnie dźwigały pakunki i wspierały Nataszę i Nastkę.

- Wiesz, co musimy zrobić? – zagadnęła porcelanowa laleczka swoją towarzyszkę.
- Nie mam pojęcia, nie wiem nawet, czy mam czyste serce – odpowiedziała ze smutkiem w głosie dziewczynka.
- Mikołaj wierzy, że masz, więc i ja w to wierzę, ty też powinnaś.
- Chciałabym – dokończyła cichutko Anastazja.

Natasza spojrzała na nią badawczo. Zaczęła zastanawiać się nad sensem tej wyprawy. Miała nadzieję, że dziewczynka wie, co robi i po co się wspinają. Sama nie miała pojęcia, co to jest świąteczna radość i gdzie jej szukać, ile tego trzeba znaleźć i jak ją zaniosą na dół do Mikołaja. Nigdy o czymś takim nie słyszała. 

Maszerowali przez chwilę w ciszy, aż tu nagle na ich drodze wyłonił się Pan Bombom - tak im się przedstawił. Był okrąglutki i rozsypywał złoty brokat na wszystkich i wszystko wokoło.

- Dzień dobry panienkom! – zawołał śpiewnym głosem.
- Dzień dobry! – odpowiedzieli mu wszyscy podróżujący.
- Jak samopoczucie przed wielkim wydarzeniem?
- A, e, … cudownie – odpowiedziała zaskoczona pytaniem Nastka. Dziewczynka nie miała pojęcia, o jakie wydarzenie mu chodzi, a poza tym dziwiła ją ta szczera radość. Pomyślała, że Pan Bombom nie wie o braku cynamonu i o tym, że za chwilę wszyscy mogą być tylko wiszącymi i nieruchomymi ozdobami na tym świątecznym drzewku. Chciała jak najszybciej uciec od niego i szukać tego, o co prosił ją Mikołaj. Jednak nie było to wcale takie proste, bo owy napotkany gość nie dawał tak łatwo za wygraną i bardzo łaknął towarzystwa.

- Skąd się tu wzięliście?
- My, z dołu – odpowiedziała Natasza.
- Zaśpiewacie ze mną. Jestem w tym roku wyjątkowo sam. Kiedyś była ze mną Pani Bombom, ale niefortunnie upadła na ziemię i się pobiła, ktoś ją źle zaczepił na gałązce, od tej pory śpiewam sam, ale i tak staram się cieszyć każdą chwilą. Życie jest takie kruche – westchnął Pan Bombom.

Nastka poczuła olbrzymie ukłucie w okolicy serduszka, przypomniała sobie, że to ona niedbale wieszała ozdoby na choince, była zła, że mama ciągle wiesza te stare bombki i pamiątki, chciała mieć nowoczesną choinkę, taką z kokardami i błyszczącymi łańcuchami. Tym bardziej pragnęła już pójść dalej. Nieoczekiwanie Natasza zaproponowała, że zaśpiewają razem z Panem Bombom. Ucieszył się niesamowicie na tę wiadomość. Zakręcił sobie wąsa na swojej okrąglutkiej twarzy, poprawił cylinder, wyciągnął skrzypce i zaprosił gości do wspólnego śpiewu. Wszyscy pięknie zaśpiewali „cichą noc”, podziękowali skrzypkowi i ruszyli w drogę. Pan Bombom pomachał gościom na pożegnanie. Chociaż było zimno i śniegu przybywało wraz z kolejną gałęzią, to wędrowcy czuli się jakby ktoś ogrzał ich serca. Rumieńce i uśmiech pojawiły się na twarzach dziewczynek.

- Wiesz, gdzie znajdziemy to szczęście? – zapytała koleżanki Natasza.
- Musimy chyba wejść na sam szczyt drzewka, wydaje mi się, że szczęście samo do nas przyjdzie. Musi być na tej choince, skoro Mikołaj kazał nam go szukać.
- Zapewne masz rację. Mam tylko nadzieję, że zdążymy.

Nastka wiedziała, że muszą zdążyć i nie ma innej drogi wyboru, była bardzo zdeterminowana. Mijali kolejne gałęzie i witali się z mieszkańcami. Niektórzy ich tylko pozdrawiali i szli dalej, ale byli tacy jak Pan Bombom, którzy zatrzymywali ich na dłużej. Przy dwóch białych gołąbkach stanęli sami. Zaciekawił ich sposób poruszania się ptaszków; wyglądały, jakby tańczyły w locie. Były tak zajęte sobą, że nawet nie zauważyły przechodzących obok nich reniferów i dziewczynek. Wszystkich zahipnotyzował sposób poruszania się gołębi. Wirowały w powietrzu i delikatnie opadały na puchatych gałązkach. Przypominały płatki śniegu tańczące walca. Każdy z nich był inny, a jednak tak podobni do siebie. Miłość i spokój wypełniły atmosferę na tych gałązkach. Wędrowcy bali się, aby przypadkiem nie zakłócić tego pięknego obrazka, dlatego w ciszy opuścili mieszkanie cudownej pary i udali się w dalszą podróż. Śniegu przybywało, założyli na siebie ciepłe ubrania i okryli się grubymi kocami, aby nie było im zimno. Poczuli się głodni i znużeni. Wydawało im się, że od wyjścia z pałacu Mikołaja minęła już doba, bo tak byli zmęczeni. Na kolejnych gałązkach nie widać już było mieszkańców, większość z nich ukrywała się pod śnieżną pierzyną albo pod kolorowymi łańcuchami. Spod jednego z takich łańcuchów wystawał kolorowy szklany domek, przy którym zaczepionych było mnóstwo skarpet, a nad nim wisiały migocące gwiazdki. Wydawał się być przytulnym. Swoim wyglądem zaprosił wędrowców do środka. Wewnątrz był pusty. Szklane przestrzenie wypełnione były tysiącem małych książek. Ciekawe, kto tu mieszka – zastanawiała się Anastazja. Jej myśli uzewnętrzniła Natasza, która stwierdziła:

- Myślicie, że mieszka tutaj jakiś mędrzec, tu jest tyle książek, ktoś musi je przecież czytać.

Renifery od dłuższego czasu stały się nieco milczące, Ognik i Skoczek, bo tak się nazywali, przypominali teraz rycerzy zaklętych w skały. Poruszali się wolniej i z opóźnieniem reagowali na pytania dziewczynek, co bardzo je zmartwiło. Mamy już niewiele czasu, ciągle brakuje nam świątecznej radości – myślała Anastazja.

­- Musimy przeszukać ten domek, tu jest tyle książek, może w jednej z nich jest ukryta świąteczna radość.
- Dobrze – Natasza z chęcią zareagowała na propozycję i wzięła się do pracy.

Czterokopytni przyjaciele powoli opadali z sił, aby nie przeszkadzać dziewczynkom, ułożyli się w rogu i starali się nie zwracać na siebie uwagi, co im niezupełnie się udało, bo zaczęli tak chrapać, że cały domek podskakiwał. Koleżanki bystro przeszukiwały bibliotekę. Oglądały albumy o zwierzętach, księgi o królewiczach i wróżkach, ale żadna na dłużej nie przykuła ich uwagi, nie miały w sobie świątecznej radości. Jedne były cienkie, inne opasłe tomy, niektóre wyglądały na w ogóle nieużywane, innym odpadały kartki, a jeszcze innym odklejały się grzbiety. Nigdzie jednak nie było tego, czego szukały. Wśród stosu ksiąg i magii kolorów zaczęło kręcić im się w głowie. Zrozumiały, że muszą na chwilę wyjść, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Na zewnątrz czekała na nie miła niespodzianka. Pierniczkowy kuchcik, którego przywiódł widok dziwnie podskakującej chatki. Dziewczynki nie omieszkały zapytać go o te księgi i możliwość znalezienia świątecznej radości.

- Hm… – zastanowił się przez chwilę – dla mnie świąteczna radość kryje się w uśmiechu osób, które mnie przyrządzają, a potem zawieszają na tym cudownym drzewku. Słyszałem kiedyś o takiej księdze, w której jest radość, to księga prawdziwych kucharzy, to w niej są przepisy jak przyrządzić mnie, moich braci i siostry. Nie wiem, czy znajdziecie ją tutaj. Wiem jednak, że na samym szczycie choinki jest najwięcej radości. Tam dzisiaj ma się wydarzyć coś szczególnego, podobno szczęście i radość ma przyjść na świat. Powinniście udać się na sam szczyt.

Kuchcik zauważył, że renifery są bardzo osłabione, wyciągnął z kieszeni białego fartucha resztki cynamonu i posypał nim zwierzęta. Pożyczył wszystkim powodzenia i udanej wyprawy. Podróżnicy wiedzieli, że zostało naprawdę niewiele czasu, ale dowiedzieli się też czegoś nowego, że na pewno znajdą radość na szczycie choinki. Anastazja zastanawiała się, czy ktoś oprócz reniferów potrafi jeszcze latać na tej choince. Przypomniało jej się, że gołąbki latały, ale były za małe, aby udźwignąć ich wszystkich. Zaczęła analizować ozdoby, które wieszała z mamą na choince, w tym roku specjalnie im się nie przyglądała, bo chciała odświeżyć owe drzewko, ale kilka ozdób zapamiętała: błękitne aniołki z białymi piórkami, papierowe łabędzie, słomiane koguciki. Zaczęła porównywać ozdoby i wybór padł na aniołki oczywiście, gdyby jeszcze pamiętała, w jakim miejscu z mamą je zawiesiły. Żałowała, że dekorowanie choinki ją nudziło, teraz zapewne nie miałaby problemu z określeniem położenia ozdób. Wymyśliła, że powinni się rozdzielić, wtedy szybciej znajdą aniołki.

- Musimy okrążyć choinkę. Ja z Ognikiem pójdę w lewo, a ty Natasza ze Skoczkiem w prawo spotkamy się z drugiej strony drzewka. Nie możecie wspinać się na wyższe gałęzie, ani schodzić niżej, bo inaczej możemy się minąć. Rozglądajcie się uważnie za pięknymi błękitnymi postaciami z białymi skrzydłami, tylko one mogą nam pomóc. To nasza jedyna szansa.

Plan Anastazji został posłusznie wykonany. Wszyscy ruszyli w wyznaczone im kierunki. Nagle śnieg zaczął zasypywać jednym i drugim drogę. Całe drzewko zaczęło nierówno podrygiwać, tak jakby chciało wyskoczyć ze stojaka i gdzieś uciec. Nikt nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Dziewczynki kurczowo trzymały się gałęzi i reniferów. Natasza o mały włos nie spadła z drzewka. Skoczek w ostatniej chwili złapał ją porożem za ubranie. Wisząc tak wysoko nad ziemią, zobaczyła, że pies ociera się o świerkowe gałązki. Krzyczała coś do niego, ale ten nie rozumiał zupełnie jej mowy i merdając ogonem, dalej drapał się po grzbiecie. Zajęło to trochę czasu zanim Anastazja zauważyła go również. Podobnie jak Natasza nakrzyczała na niego, ale efekt był natychmiastowy, piesek przeprosił wszystkich i odsunął się od choinki. Zmęczona dziewczynka zrozumiała, że czworonóg może jej pomóc. Że też wcześniej na to nie wpadłam! ­– krzyknęła z zachwytu.

- Widzisz gdzieś błękitne anioły? – zapytała kudłacza.
- Nie widzę, wszędzie jest tyle światła i kolorów, a poza tym nie wiem, jak one wyglądają.
- To takie piękne błękitne postacie ze skrzydłami. Przypatrz się uważnie, możesz nam tym bardzo pomóc. To naprawdę ważne – poprosiła Anastazja psa.

Ten obserwował całe drzewko, chodził w prawo i w lewo, w przód i w tył, szukał w jego mniemaniu czegoś pięknego ze skrzydłami. Spoglądał na gołębie, ale te nie były błękitne, potem na łabędzie, aż wreszcie zauważył coś delikatnego, spokojnie unoszącego się nad gałązkami. Było błękitne, miało skrzydła i naprawdę było piękne, a w dodatku biła od tego niesamowita łuna. Piesek stwierdził, że to na pewno muszą być anioły. Chyżo obwieścił o tym dziewczynce.

- Znajdują się na samej górze, nad nimi jest jakiś domek i złota gwiazda.
- Dziękuję! – odpowiedziała Nastka.
- Nie ma za co i przepraszam, że przeze mnie spadlibyście z choinki – piesek wesoło zamerdał ogonkiem.

Anastazja już sobie przypomniała, jak mama musiała wejść na drabinę, aby powiesić anioły. Nad nimi tato założył starą gwiazdę. To była również pamiątka rodzinna po Michała pradziadku. Często odpryskiwała z niej farba i Michał co roku ją odmalowywał. Mama i tata lubili naprawiać te stare rzeczy, ale Nastka pragnęła, aby w salonie stanęła choinka z nowymi ozdobami, nie rozumiała tego przywiązania do rodzinnych pamiątek. W domu jej koleżanek były piękne choinki z nowoczesnymi ozdobami i dekoracjami. Dziewczynka nigdy nie pokazywała zdjęć swojego świątecznego drzewka i było jej z tego powodu smutno.

Wszystko było jasne, anioły znajdowały się prawie na samym szczycie choinki, nie mogły im pomóc zbyt wiele. Pozostawały jeszcze łabędzie, których położenia również Nastka nie pamiętała. Również i tym razem postanowiła przywołać swojego włochatego przyjaciela na pomoc.

- Czy wiesz, jak wyglądają łabędzie? – zapytała pieska.
- To takie duże białe ptaki?
- Tak. Widzisz je gdzieś teraz.
- Wiszą dwie gałązki nad tobą.

Dziewczynka podziękowała za kolejną pomoc i obmyśliła dalszy sposób postępowania. Mogła iść przed siebie, po kolejnych gałązkach i spotkać się z Nataszą lub wybrać drogę w górę, aby dostać się do białych ptaków i wraz z nimi polecieć po swoich kompanów. Wybrała tę drugą opcję. Wspinała się po ośnieżonym gąszczu na spotkanie z łabędziami. W tym samym czasie Natasza ze swoim reniferem pokonywali kolejne gałązki i nigdzie nie widzieli aniołów. Dopadły ich już wątpliwości, że może nigdy ich nie znajdą i te święta będą wyjątkowo smutne. Mieli jednak nadzieję, że Anastazja coś wymyśli. Wydawała się być mądrą i bystrą dziewczynką. Nastka wymyśliła i dzielnie realizowała swój plan. Widziała już nad sobą białe pióra, to były zapewne łabędzie, została jej jedna gałąź do pokonania. Odbiła się na nogach i podskoczyła, by złapać za ośnieżony świerk. Chwyciła białą gałąź i była już na miejscu. Zobaczyła przed sobą olbrzymie białe ptaki. Inaczej je zapamiętała, wydawały jej się mniejsze. To były dwa łabędzie, poruszały się z pełną gracją. Troskliwie zapytały dziewczynki, co robi na ich gałązce. Wydały jej się tak miłe, że niebieskooka opowiedziała im o swojej sytuacji i o tym, że potrzebuje ich pomocy.

- Nie wiem, czy ci pomożemy? – Odpowiedział, wywołując na twarzy dziewczynki smutek, największy z łabędzi. – Nie wiemy, czy potrafimy latać.

Anastazja przypomniała sobie historię tej świątecznej ozdoby. Tata ofiarował ją mamie w dowód swojej miłości. Te ptaki podobno zakładają rodziny i dobierają się na całe życie. Są razem, wychowują dzieci i nigdy się nie rozstają. Cudownie było teraz na nie patrzeć. Emanowało od nich takie niespotykane ciepło, miłość i wzajemna troska. Radość zastąpiła smutek na twarzy dziewczynki.

- Możecie spróbować, przecież latanie macie we krwi, wszystkie ptaki latają – zaproponowała.
- A co jeśli spadniemy?
- Wiem, że się boicie, ja też się boję, ale jestem już w połowie trasy. Przebyłam naprawdę długą drogę i chcę wam wszystkim pomóc. Jeśli czegoś nie zrobimy, to może już nigdy nie będziecie mogły ze sobą rozmawiać. Nigdy się nie przytulicie i nie popatrzycie w swoje piękne oczy. Od was zależy los wszystkich mieszkańców tego drzewka.

Słowa dziewczynki wzruszyły łabędzie, nie dała im wyboru. Nie chciały mieć mieszkańców na swoim sumieniu. Pragnęły każde święta spędzać razem. Większy z łabędzi wyprostował skrzydła, otrzepał ze śniegu, spojrzał w dół przed siebie i podjął próbę lotu. Wyglądało to dość niezdarnie, zupełnie jak pisklęta wylatujące z gniazda po raz pierwszy. Rozpędził się na niewielkiej gałęzi i słychać było tylko miękkie lądowanie, potem krzyk.

- Auuu, mówiłem, że to się nie uda! – narzekał z dolnej już gałązki, bo świerkowe igiełki wbiły się w jego biały kuperek.

Jego biała partnerka pochyliła się nad nim i ze wrodzonym wdziękiem oświadczyła:

- Musisz naprawdę uwierzyć, inaczej nigdy nie polecisz. Łabędzica zeskoczyła na dół do obolałego przyjaciela.
- Zrobimy to razem – zaproponowała.

Chwyciły się za skrzydła, zamknęły oczy i zaczęły unosić się nad białym puchem, najpierw powoli, ostrożnie, potem przyspieszyły, wykonywały salta w powietrzu i zaczęły krzyczeć z zachwytu. Anastazja cieszyła się z tej chwili, miała świadomość, że jest świadkiem czegoś niezwykłego. Czuła, że opanowuje ją szczęście. Jej dotychczasowe poczucie winy powoli ustępowało miejsca innym silniejszym uczuciom; radość i miłość zaczęły wypełniać ją od stóp do głów. Zapomniała o byciu modnym. Zaczęła być prawdziwym dzieckiem, takim, które nie grymasi, uśmiecha się i bawi się. Ptaki ocknęły się z zachwytu i poinformowały dziewczynkę, że chyba dadzą radę ich podwieźć. Ucieszyła się, nawet przez moment nie wątpiła, że tak właśnie będzie. Wsiadła ze swoim przyjacielem reniferem na łabędzie i ruszyli najpierw na poszukiwania Nataszy. Bardzo gęsta choinka sprawiała im nie lada trudności, bo ciężko im było w tym gąszczu dostrzec swoich przyjaciół. Dodatkowa pokrywa śnieżna sprawiała, że wszyscy wyglądali tak samo. Na choince wisiało mnóstwo różnych ozdób, więc znalezienie tej dwójki przypominało trochę szukanie igły w stogu siana. Na szczęście dziewczynki miały określone miejsce spotkania, nie było ono bardzo precyzyjne, ale zawsze dawało jakiś punkt odniesienia poszukiwaczom. Anastazja wpatrywała się w gałązki na tej samej wysokości, którą obrali wszyscy, zanim się rozdzielili. Łabędzie szybowały powoli, by dać jej czas na rozglądanie się.

- Od dawna jesteś na tym drzewku? – łabędzica zagadnęła dziewczynkę w czasie lotu
- Właściwie to moje pierwsze święta – odpowiedziała zmieszana pytaniem.
- My jesteśmy tu już ósmy rok. Byliśmy wyjątkowym prezentem. Bardzo o nas dbano. Powieszono nas wysoko na choince. To były cudowne święta. W domu rozbrzmiewał głos kolędy. Wszędzie unosił się zapach cynamonu. Od czasu do czasu słychać było cichutkie popłakiwanie małego dziecka. Pamiętam ten rodzinny obrazek, napawał nas miłością. Tuliłam się wtedy tak mocno do swojego kochanego. Dzieci są czymś pięknym, to dar, którego nie można odrzucić. Trzeba je kochać, bardziej niż samego siebie. To cząstka nas samych, tyle że o wiele lepsza. Sądzę, że jedyne, czego ten maluch wtedy potrzebował to dużo czułości. I dostawał ją w najlepszym z możliwych wydaniu. Nigdy przedtem ani potem nie widziałam tyle rodzinnego ciepła.

Anastazja pojęła, że ten maluch, o którym mowa, to ona sama.

- Pora lądować! – Dziewczynka zauważyła Nataszę jadącą na Skoczku.

Łabędzica potrąciła kilka wiszących bałwanków, wykonała dwa kółka w powietrzu i wylądowała na wyprostowanych nogach tuż przed kopytami Skoczka. Za chwilę dołączył jej skrzydlaty ukochany z Ognikiem. Cała brygada ucieszyła się ze spotkania. Wszystko było już ustalone. Lot w poszukiwaniu świątecznej radości miał zająć im chwilkę. Natasza i Skoczek wspięli się na łabędzie i pofrunęli w górę. Nastka myślała o świątecznej radości, jak będzie ona wyglądała, co zobaczy na szczycie. Jak to pomoże innym i jej samej. Od jakiegoś czasu zaczęła bardzo tęsknić za rodzicami. Chciała przytulić się do mamy i powiedzieć, jak bardzo ją kocha i przeprasza za wszystko. Bała się, że już nigdy ich nie zobaczy. Łzy napłynęły jej do oczu i przymknęła na chwilę powieki, by pod wpływem krzyku Nataszy szybko je podnieść.

- Uważaj! – wołała dziewczynka łabędzia, który pod wpływem oślepiającego światła leciał wprost na drewnianą chatę.
- Co to jest? – dopytywała przerażony Skoczek.
- Nigdy nie dotarliśmy do tej części choinki – oświadczył zaskoczony Ognik.
- To prawda – pokiwał mu przerażony renifer.

Dziewczynki nie rozumiały ich strachu. Patrzyły z zachwytem na niezwykłe miejsce. Wszędzie migotały gwiazdy, nie widać było śladu zimy. Białe owieczki pasły się na zielonych łańcuchach, pilnowali ich pasterze, a gdzieniegdzie stały ich drewniane szałasy. Nad wszystkimi rozlewała się nieprzenikniona jasność.

- Kim jesteście? – zapytał podróżnych jeden z pasterzy.
- My przybyliśmy z dołu choinki. Szukamy świątecznej radości – odpowiedziała ze spokojem Nastka.
- Radość jest tutaj. Pełno jej wszędzie. Popatrzcie na te owieczki, pasą się, dają mleczko, aż beczą z tej radości. Nie trzeba im nic więcej; tylko świeże powietrze, trawa i żeby je ktoś przed wilkami pilnował.
- Chyba nie o taką radość nam chodzi. Musimy dostać się na sam czubek – oświadczyła Natasza.
- Tam to ja nie wiem, czy możecie tak sobie wejść. Nad nami są strażnicy, oni pilnują świątecznej tajemnicy. Musicie ich zapytać.

Podróżni przywołali błękitne anioły z białymi skrzydłami. Anastazja lubiła niewiele rodzinnych ozdób, ale te wręcz uwielbiała. Teraz wydały jej się jeszcze piękniejsze. Dwie świetliste postacie sfrunęły do całej gromady.

- Czego od nas potrzebujecie? – zapytały.
- Chcielibyśmy pójść do świątecznej radości, podobno jest na czubku choinki. – Poinformowała Natasza.
- To jest niemożliwe. To jest sekret.
- Ale my musimy uratować mieszkańców świątecznego drzewka – przekonywała Anastazja.
- Właściwie to… – Błękitne postacie spojrzały znacząco po sobie, nadymały policzki i ile sił w płucach dmuchnęły w stado baranów. – Jeśli znajdziecie w tym stadzie małą iskierkę, to wtedy kogoś z was puścimy, ale tylko jedną osobę i sami wybierzemy, kto to będzie.

Wędrowcy zgodzili się na warunek aniołów, właściwie nie mieli innego wyboru. Szukanie iskierki w stadzie baranów przypominało budowanie zamków na brzegu morza, kiedy wreszcie wszystko było już gotowe, nadchodziła fala i zmywała całą pracę. Tak samo działo się z iskierką, było to coś bardzo jasnego i szybkiego, kiedy któryś z reniferów łapał to swoim kopytkiem nadbiegał jakiś rozpędzony baran i zabierał świecące cudo i przekazywał swoim kompanom. Próba złapania przypominała grę w rugby. Anioły usiadły przed drewnianymi szałasem i razem z pasterzami zaczęli przyglądać się widowisku. Wyglądali na bardzo rozbawionych. Anastazję, która dwa razy straciła iskierkę, rozzłościł ich widok. Zdenerwowało ją, że nie rozumieją powagi sytuacji. Trochę inaczej wyobrażała sobie tę pomoc. Myślała, że kiedy ich spotka wszystko pójdzie jak z płatka, a tymczasem czas nieubłaganie płynął. Dziewczynka bała się, że nie zdąży wrócić do rodziców na święta, a mieszkańcy choinki już na zawsze będą tylko zimnymi ozdobami. Musiała coś zrobić, barany nie chciały nikogo słuchać, były szybkie i sprytne, wygrywały z nimi każde starcie.

- Musimy działać grupowo! – Nastka zawołała do przyjaciół. Na te słowa wszyscy się zbiegli i stanęli jak wryci przed dziewczynką, która kontynuowała. – Pojedynczo nie mamy z nimi szans, są za szybcy i za sprytni. Powinniśmy wszyscy rzucić się na barana, który ma iskierkę i nie pozwolić mu przekazać jej dalej.
- Wiem, jak to zrobimy – powiedziała zadyszana łabędzica. – Ja złapię go za rogi i podniosę do góry, renifery zablokują pysk, żeby nie przekazał dalej, a dziewczynki wyciągną mu iskierkę.
- Może się udać – pochwalił rozentuzjazmowany Skoczek. – Pamiętaj tylko, żeby za wysoko go nie podnosić, bo nie uda nam się zasłonić mu pyszczka.
- Dobrze, to do roboty – zachęcił wszystkich Ognik.

Barany przekazywały sobie swobodnie iskierkę, radośnie przy tym becząc. Renifery udawały, że chcą im ją zabrać. Podbiegły do trzymającego ją w pysku barana i odsłoniły go od reszty stada, a łabędzica, tak jak obiecała, podniosła go delikatnie nad ziemię. Dziewczynki wykonały już resztę. Anioły na widok Nastki niosącej w mocno zaciśniętej dłoni iskierkę o mało nie wpadły do szałasu. Błękitne postacie pogratulowały wędrowcom zwycięstwa.

- Teraz musicie kogoś wybrać – przypomniał im Ognik.
- Wiemy o tym, nie poganiaj nas – jeden z aniołów się nieco rozzłościł słowami renifera.
- Ciekawe kogo? – dopytywał drugi renifer.

Nie musiał długo czekać na odpowiedź, bo skrzydlate piękności podleciały do Anastazji i obwieściły jej swój werdykt:

- Teraz będziesz szła już sama, możesz liczyć tylko na siebie i na swoje siły. Nie potrzebne będą ci liny ani grube koce. Tam, gdzie cię zaniesiemy liczy się tylko to, co masz w środku.
- A jednak ona – Skoczek szturchnął swojego rogatego kompana i znacząco pokiwał łbem, tamten również odpowiedział im kiwnięciem.
- Od początku była tylko ona, my mieliśmy jej tylko pomóc tutaj dotrzeć. – Dołączyła do rozmowy Natasza.

Anastazja podziękowała przyjaciołom i dała się ponieść aniołom w nieznane. Postacie złapały ją w pasie i szybkim ruchem skrzydeł przeniosły się na wyższe partie choinki. Rzeczywiście nie było tu zimy, przyjemne ciepło i jasność wypełniały atmosferę, dziesiątki kolorowych lampek rozbłyskiwały na wszystkie strony.

- Dalej pójdziesz sama – oświadczył jeden z aniołów – gałązki są ułożone bardzo blisko siebie, zupełnie jakbyś miała wejść po schodach. To nic trudnego, pod warunkiem, że przyszłaś tutaj z czystymi zamiarami.

Dziewczynka spojrzała na świerk, rzeczywiście wyglądał jak schody, nieco kręcone i strome, ale schody. Nie było odwrotu, czekała ją już tylko droga w górę. Nie zadawała już pytań, anioły nie przekazały jej też żadnej rady. W ciszy, z blasku lampek przeszła do zaciemnionych schodów i ruszyła przed siebie. Nigdzie nie widać było żadnych ozdób, nie towarzyszył jej też dźwięk dzwonków i śpiew kolęd. Nagle poczuła się, jakby była sama w domu w najciemniejszą noc. Nie mogła zapalić lampki ani zawołać rodziców. Nikt i tak by jej nie usłyszał. Drobne łzy zaczęły spływać po dziecięcym policzku. Cichutkie łkanie zaczęło wypełniać ciasną przestrzeń. Teraz już na pewno nie wrócę do mamy – myślała. Usiadła na świerkowej gałązce i schowała twarz w dłoniach. Przed jej małymi oczami pojaśniało. Maleńka iskierka wypełniła ciemność. Dziewczynka przypomniała sobie, że od momentu złapania iskierki miała cały czas zaciśniętą dłoń, a anioły nie prosiły o jej oddanie. Uradowała się na ten widok. Od razu zrobiło jej się cieplej i radośniej. Powoli zaczęła wierzyć w powodzenie swojej misji. Jasność zapanowała nie tylko na zewnątrz, ale i w umyśle dziecka. Przed siebie i do góry – wyszeptała melodyjnie. Cieszyła się z każdym krokiem, który przybliżał ją do celu. Jej marsz zakłóciło wesołe śpiewanie:

wszystko w domu wyprasuje,
zima świat udekoruje,
cudowne święta będą dziś,
opowiem ci o tym kiedyś...

Dziewczynka zobaczyła przed sobą olbrzymie półokrągłe drzwi, w miarę przybliżania się do nich śpiew stawał się głośniejszy:

nikt się dzisiaj nie buntuje,
karp się smaży, barszcz gotuje,
kolędy śpiewa biały miś,
zza okna patrzy na to ryś.

 Anastazja po raz kolejny udowodniła, że jest ciekawskim dzieckiem i bez chwili zawahania zapukała w mosiężne drzwi. Odpowiedział jej kobiecy głos:

- Proszę wejść, otwarte.

Niebieskooka przestąpiła próg nieznanego mieszkania. Wewnątrz unosiła się woń kwiatów i gotujących się potraw. Pośrodku niewielkiego pokoiku stała kobieta w wielkim czepcu i fartuchu zapinanym na guziki, pod pachą trzymała miskę pełną świeżo upranych ubrań.

- Co cię do nas sprowadza, zgubiłaś się? – zapytała przyjaźnie.

Dziewczynka nie była w stanie nic powiedzieć, bo wygląd mieszkanki nieco ją onieśmielił. Tam, gdzie u Anastazji znajdował się nos, u kobiety wystawały wąsy, były długie i spiczaste, a poza tym spod fartucha wystawał jej płaski i półokrągły ogon.

- Zostaniesz u nas na kolację? – dopytywała się kobieta.
- Ja właściwie to nie wiem, muszę iść w górę, bo mam jeszcze coś ważnego do zrobienia.
- Nie krępuj się, mam dodatkowe nakrycie stołu, jest nas wiele, ale dla wszystkich powinno wystarczyć. Nazywam się Gertruda Boberek, a to są moje dzieci – wskazała palcem na zdjęcie zawieszone nad stołem. – Tak, mam ich aż tyle i wszystkie kocham – dodała po krótkim namyśle, jakby spodziewała się od dziewczynki jakiegoś pytania.

Fotografia przedstawiała dwanaścioro dzieci, wszystkie miały brązową sierść i płaski ogon jak ich matka. Pani Boberek była dumna ze swoich pociech i za każdym razem, kiedy o nich mówiła łza szczęścia spływała po jej policzku.

- A gdzie one teraz są? – zapytała Anastazja.
- Poszły ze swoim ojcem do lasu. Drewno zaczęło nam się kończyć, a muszę dokończyć gotowanie kolacji wigilijnej. Uwielbiają chodzić z nim na spacery. Mój Józio to im wymyśla różne dyrdymały, kiedyś kazał im skakać na jednej nodze z domu aż do samego lasu, ale one to uwielbiają, a ja mam chwilę spokoju, jak je zabiera i mogę wtedy posprzątać i ugotować. A ty kochana, jak się nazywasz i co tutaj robisz zupełnie sama?
- Anastazja, proszę pani. Przez przypadek tutaj weszłam, usłyszałam pani śpiew i byłam ciekawa, kto tutaj mieszka. Idę w górę choinki, bo muszę zrobić bardzo ważną rzecz; znaleźć świąteczną radość.
- Aha – kobieta pokiwała znacząco głową, ale tak naprawdę nie miała zielonego pojęcia, o czym dziewczynka mówiła. – To co, zostaniesz u nas na kolacji?

Nastka poczuła głód i propozycja pani Boberek wydała jej się kusząca.

- Właściwie to mogłabym chwilę u was zostać.

Pani Boberek zaprowadziła gościa do kuchni. Było to skromnie urządzone pomieszczenie, ale bardzo schludne i czyściutkie. Pośrodku stał stół z czternastoma krzesłami, przy którym rodzina wspólnie spożywała posiłki. W rogu znajdował się wielki piec kaflowy, w którym co chwila trzaskały polana. Widać, że było to królestwo pani domu. Nie było w niej miejsca na zbędne bibeloty, wszystko było starannie poukładane i opisane. Kuchnia przypominała jej tą z pałacu Mikołaja, tam też Pani Pitrasińska zadbała o wszelkie szczegóły.

- Złociuteńka, a może pomogłabyś mi w przygotowaniu kolacji. Zostało niewiele czasu, a ja jeszcze muszę im ubranka uprasować i nakryć do stołu.

Dziewczynka bez oporu wzięła się za wycieranie sztućców i talerzy. Przypomniała jej się mama, która wiele razy wykonywała wszystko bez niej. Anastazja nigdy nie lubiła jej pomagać, wolała ten czas spędzać na dworze z koleżankami lub oglądać telewizję. Zrobiło jej się smutno, ale pani Boberek poprawiła jej nastrój; swoim śpiewem sprawiła, że dziewczynka zaczęła czuć prawdziwego ducha świąt. Przyłączyła się do śpiewania i z ochotą towarzyszyła gospodyni we wszystkich obowiązkach. Nawet się nie spostrzegła, jak stół był nakryty, ubrania wyprasowane, a podłoga czysta i pachnąca. Do domku wparowała rozradowana gromada. Ojciec położył drewno przy piecu kaflowym i zatarł ręce na myśl o kolacji.

- Pięknie pachnie, jak zawsze kochanie – pochwalił żonę.

Nikt nie zauważył Anastazji, tak byli pochłonięci opowiadaniem o swoich leśnych przygodach, co nie spodobało się gospodyni i ostro ich zganiła.

- Nikt się nie przywitał, a mamy w domu gościa. To jest Anastazja – wskazała na dziewczynkę – zostanie u nas na kolacji.

Dziewczynka dygnęła, potem kiwnęła głową, że się zgadza i już chciała przywitać się ze wszystkimi, ale nie zdążyła wydusić z siebie słowa, bo całe towarzystwo ją obstąpiło i ochoczo zaczęło kontynuować swoje opowieści o leśnej wyprawie. Pani Boberek cieszyła się, że dzieci potrafią zająć się gościem. Pozwoliła im jeszcze chwilę porozmawiać, a potem nakazała wszystkim porządną toaletę i przebranie się w przygotowane ubrania. Anastazja zauważyła, że wszystkie dzieci bez grymasów wykonywały polecenia mamy, żadne nie było buńczuczne ani nadąsane, wszyscy byli dla siebie życzliwi. Mimo przepychanek i wygłupów dominowała tam wzajemna troska. Przed wieczerzą złożyli sobie życzenia, a potem przystąpili do jedzenia. Posiłków było wprawdzie niewiele, ale wszystkie były smaczne i tak cudownie pachniały. Każdy pochwalił panią Gertrudę za przyrządzone jedzenie.

- Co ty robisz kochanie, że to wszystko jest tak pyszne? – zapytał zachwycony mąż. – Jakich przypraw dodajesz?

Gertruda zarumieniła się. Józio zawsze ją chwalił, bo ona była zbyt skromna, żeby zrobić to sama. Kochała całą swoją rodzinę i jedyne, czego dodawała do swoich potraw to była miłość, tego w tym domu nigdy nie brakowało.

Po kolacji wszyscy przystąpili do wspólnego śpiewania kolęd i pastorałek. Dzieci znały większość piosenek na pamięć i śpiewały razem z rodzicami, jedne wykonywały je niczym słowiki, inne śpiewały jak zachrypnięte wrony. Zachęcały Anastazję, by śpiewała z nimi.

- Pora na mnie – oświadczyła w przerwie między śpiewaniem kolejnej kolędy dziewczynka.
- Do widzenia! – zawołały chórem dzieci.

- Bardzo mi pomogłaś dziecino, mam coś dla ciebie –pani Boberek wyciągnęła z szarego pudła szmacianą lalkę - nie wiem, dokąd zmierzasz, ale kiedy będzie ci smutno, przytul się do niej, ona na pewno cię wysłucha.

 

Dodaj bajkę

Szukaj

"Odkryj e-wolontariat"

Bajkownia.org - Fabryka Bajek nagrodzona!

Bajkownia.org -Fabryka Bajek zajęła 2 miejsce w ogólnopolskim konkursie "Odkryj e-wolontariat""

Patronat medialny

 

 190x120 anim bajk

 

Bajkownia.org - Fabryka Bajek wspiera akcję Ministerstwa Środowiska - "Pobierz aplikację na smartfona i zagraj z dzieckiem w „Posegreguj śmieci”.  Sprawdź kto z Was zostanie mistrzem w segregowaniu?"

Bajkownia.org - Fabryka Bajek dla dzieci - druga tura konkursu na najlepsze strony Internetu

 

Bajkownia.org - Fabryka Bajek dla dzieci - Złota Strona Tygodnia Wprost lipiec 2012